Recenzje

2019-10-04
Nick Cave & The Bad Seeds - "Ghosteen"
"Ghosteen" to siedemnasta płyta studyjna Nick Cave & The Bad Seeds i jak pisze nasz recenzent Jakub Oślak: (...) to triumf pod kątem marketingowym i artystycznym. To płyta artysty, który cały czas ewoluuje, a któremu zdarzały się przecież w przeszłości knoty. To niezwykłe studium umysłu człowieka i artysty, którego życie w ostatnich latach przepuściło przez tornado emocjonalne".
Wykonawca: Nick Cave & The Bad Seeds
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2019

Dokonało się. Nick Cave wpłynął na przestwór muzycznego oceanu roku 2019 niczym Hiszpańska Inkwizycja na pokładzie Latającego Holendra - dosyć znienacka. Nowy album został przez niego osobiście zapowiedziany dosłownie tydzień przed premierą, czym wywołał sejsmiczne tąpnięcie nie tylko wśród swoich wielbicieli, ale entuzjastów muzyki w ogóle. Tak się nie robi, prawda? To trochę brzydko z jego strony wobec kolegów po fachu, którzy "grają fair" i zapowiadają nowe płyty po staremu, na pół roku naprzód, stopniowo podkręcając atmosferę. Nick zagarnął tą sztuczką całą uwagę muzycznego świata; a jednocześnie wystawił nowy materiał na wyjątkowo surową próbę. Moment niewątpliwie należy do niego; ale gdyby nie był pewny swego, nie ryzykowałby umyślnego wchodzenia na linię krytycznego ognia.

Mam dla wszystkich szokującą informację - poprzedni album Nicka Skeleton Tree ujrzał światło dzienne 3 lata temu! Przecież to było raptem wczoraj! A jednak - od tamtej pory Cave, który jak wiemy nie znosi pustych przebiegów, objechał triumfalnie świat (m.in. niezapomniany występ w Warszawie), wydał płytę koncertową i wziął udział w serii spotkań Q&A w różnych zakątkach globu. Czas pędzi jak dane światłowodem i Cave wydaje się być tego świadomy; zatem, nie próżnuje, nie marnuje cennych dni, tylko pisze, śpiewa, nagrywa, występuje - póki starcza mu sił. Tak niedawno przecież The Bad Seeds pożegnali Conwaya Savage'a, co - podobnie jak bardziej osobista tragedia Cave'a o której już dużo wiemy - musiało jeszcze bardziej spiąć jego twórczy "szwędacz" i artystyczną dyscyplinę.  

Chcieliśmy więcej piosenek i klimatu w stylu "Push the Sky Away" czy "Jesus Alone", to mamy. Przynajmniej ja chciałem; bardzo podoba mi się ich odmienność, poetycki fatalizm i biblijny mrok. Ghosteen jest długą płytą (68 minut; dla porównania, Skeleton trwał połowę tego) wypełnioną wyłącznie klimatami będącymi dosyć naturalną konsekwencją dwóch ostatnich albumów. Płyta jest podzielona na części: pierwszą, w której dominują nabożeństwo, lamenty i symbolika; oraz drugą, w której piosenka ustępuje dłuższej, prawie ambientowej formie: natchnionego kazania, ewangelii, wizji, apokryfu z przestrogą dla ludzkości. Ta biblijność i dotykanie tematów eschatologicznych na Ghosteen nie powinno być dla nikogo kto zna Skeleton Tree szokiem poznawczym, szczególnie do pary z oszczędną teatralnością płyty.

W obu tych częściach Cave smaruje nasze dusze miodem z odrobiną piołunu. Ważne jest aby mieć wobec tej płyty odpowiednie oczekiwania - a najlepiej nie mieć ich wcale. Jeśli ktoś liczy, że Cave po żałobie wróci do komponowania takich rzeczy jak "Red Right Hand" czy "Into My Arms" - powinien zawrócić. Te wszystkie ballady o miłości, śmierci, pięknie i bólu wydają się nie mieć większego znaczenia, gdy kontakt Cave'a z Bogiem i absolutem, z formy stylistycznej, stał się poważnym i szczerym wyrazem zadumy i myśli. Ten tunel zmierza jeszcze głębiej, niż Skeleton. Tam kroczyliśmy, lub też byliśmy ściągani, w ślepą czeluść; teraz zaś stoimy u progu zaświatów, widząc przez szparę w drzwiach do raju szczęśliwe zwierzęta wylegujące się na wiecznie zielonych łąkach. This is the way, step inside.

Oczywiście, ten okładkowy rajski ogród nie odbiega od wizji Edenu, jaką przedstawili na płótnie Brueghl i Rubens. Sama muzyka i koncepcja albumu również wydają się znajome - kto zna Current 93 temu nie trzeba tłumaczyć więcej. Cave też zna, gdyż wiele lat temu osobiście wystąpił na jednym z najlepszych krążków C93, śpiewając jego tytułową, magiczną, niepokojącą kołysankę z amerykańskiej tradycji pt "All the Pretty Little Horses". Bystry widz filmu One More Time With Feeling dostrzeże też zbiór tekstów lidera C93, Davida Tibeta, na stole w domu Nicka w trakcie jednej z rozmów. Czy zatem owe zaświaty z Ghosteen są równie realne co monidła nad łożami w wiejskich domach? Oraz, czy ów spokój którego tak łaknie dusza podmiotu tych pieśni nie jest po prostu dysertacją na temat "Chcę umrzeć"?

Ghosteen jest płytą na swój sposób uduchowioną. To jest jakiś wyraz podróży duchowej jaką Cave przebywa wraz ze słuchaczami. Tak się złożyło, że akurat ten człowiek upodobał sobie otwieranie każdej szpary swojej duszy i serca, co pozwala jego wielbicielom odnaleźć z nim część siebie, swoich rozterek, niepokojów, myśli i pragnień. To nie ekshibicjonizm, lecz terapia, egzorcyzm, monodram jednostki na forum masy. Tym bardziej, że owe wizje raju, dusz, zaświatów i świetlistych koni nie są wyrazem ślepego pokłonu przed ołtarzem, lecz czegoś na kształt dialogu z Bogiem - lub jego próbą. Zupełnie tak, jak Leonard Cohen na swojej ostatniej płycie You Want It Darker, na której sposobił się już do opuszczenia tego łez padołu, co zresztą miało miejsce niedługo potem. Cave nas jeszcze nie opuszcza, ale...

Nastrój tej płyty jest żałobny (chociażby piosenka o przyjaciołach, którzy zebrali się wokół mnie i dla mnie śpiewają), apokaliptyczny i sielski. Raj Cave'a to właśnie łąki i zwierzęta, równie urokliwy i balsamiczny co nieprawdziwy jak obraz w hotelu. Tak jak u flamandzkich mistrzów, w tym raju trwa też grzech i niepokój. To zachodzące słońce nad głowami zwierząt i syk węża obwieszczający przybycie demonów. Tak, płyta brzmi kołysankowo, ale są to piosenki o owieczce szukającej swojej mamy i dzieciach idących ważyć swoje serca u stóp wielkiego oka. To nie są uwodzicielskie, wampiryczne ballady, lecz lękliwe psalmy poety-proroka zwiastującego koniec i początek. Nawet bez zgłębiania słów, płytę wypełnia atmosfera skupienia, zadumy, kontemplacji, końca. W sam raz na piątek po szalonym tygodniu.

Ghosteen to triumf pod kątem marketingowym i artystycznym. To płyta artysty, który cały czas ewoluuje, a któremu zdarzały się przecież w przeszłości knoty. To niezwykłe studium umysłu człowieka i artysty, którego życie w ostatnich latach przepuściło przez tornado emocjonalne. To płyta poważna i piękna, dyskretna i ujmująca, zaklinająca fatalistyczne myśli i wizje zagłady w iście eliottowską poezję i oszczędny nastrój ostatniej posługi (coś z filmowej teczki Cave'a i Ellisa). Koniec płyty aż prosi się o długi, zaloopowany ambient, jaki odnajdziemy u Roacha, Eno czy Sylviana. Raj okazuje się tylko obrazem w hotelu, który spada ze ściany, odkrywając wyrwę w murze prowadzącą nad przeklęty klif w pobliżu Brighton. This is the way, step inside. Lepiej nie kusić losu, tylko iść dalej z dyskretnym uśmiechem.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load