Recenzje

2019-10-09
William DuVall - "One Alone"
Wokalista grupy Alice In Chains - William DuVall - zaprezentował bardzo osobisty debiutancki solowy album "One Alone". Nasz recenzent Jakub Oślak zapoznał się z tym wydawnictwem i opisał dla nas swoje wrażenia.
Wykonawca: William DuVall
Wytwórnia: DVL Recordings
Rok wydania: 2019

Mało wiemy o Williamie Duvallu. Nie bardzo chcemy go poznać. To ten „nowy” koleś, co usiłuje wypełnić miejsce w Alice In Chains, którego wypełnić się nie da. Tacy artyści są zawsze na cenzurowanym, szczególnie w przypadku wokalistów – którzy w różnych okolicznościach przyrody zajmowali miejsce ukochanego frontmana. Spełnienie marzenia stało się klątwą - Duvall stanął za mikrofonem Alice’ów 10 lat temu, ale wciąż nie przekonał do siebie en masse wielbicieli talentu Layne’a Staley. A przecież Duvall nie wziął się znikąd, Jerry Cantrell nie znalazł go na ulicy. Zanim dołączył do Alice in Chains, Duvall grał i śpiewał w całym szeregu zespołów, od hardcorowych Neon Christ i Bl’ast, przez łagodniejsze No Walls i Madfly, aż po porośnięte statusem „kultowego” Comes With The Fall. To weteran, który z niejednego pieca chleb jadł, a wokalnie potrafi więcej, niż sądzimy.

Duvall wciąż musi walczyć o szacunek dla siebie u wielbicieli kogoś innego. Dobrze się sprawdza w roli wokalisty Alice in Chains, ale umówmy się – nie przychodzimy na ich koncerty dla niego. Jego pierwsza całkowicie solowa płyta jest zatem adresowana do tych, którzy nie dają mu szans. One Alone to całkowicie akustyczny, solowy popis Duvalla bez oglądania się za siebie. Owszem, wpływy brzmienia Seattle są tu jasne i oczywiste, ale pozostają wpływami – kto ich nie miał, niech pierwszy rzuci kamieniem. Duvall siada z gitarą i śpiewa – swoim głosem, nie Layne’a, którego do pewnego stopnia imituje w zespole. I brzmi zupełnie inaczej. Jasne, Staley też tu jest, podobnie jak Cornell i Cobain. Ta trójka z rebeliantów stała się międzypokoleniowymi idolami, więc nie powinno nikogo dziwić, że wpływ wokalnego stylu jaki prezentowali słychać u wielu artystów, którzy ich przeżyli.


Ale One Alone na wzorcach się nie kończy. To odważna i zaskakująco ciekawa próba własnego ja Duvalla. To nie są numery, które kiedyś trafiły do szuflady i teraz wyszły na jaw, bo artysta chciał  zainkasować pomiędzy trasami z zespołem; albo dlatego, że akustyki są popularne. Duvall wie co robi i potrafi to robić – śpiewać w sposób ekspresyjny, urzekający i wciągający. Te numery są dalekie od sztampy i banału, choć w formule gitara akustyczna + gwiazda rocka już nic ciekawego usłyszeć się nie da. Duvall strzela całą serią pocisków miłości – „The 3 Wishes”, „Smoke And Mirrors”, „Still Got A Hold On My Heart”, „The Veil of All My Fears” to wyborne piosenki, emocjonalne i melancholijne, rezonujące wewnątrz słuchającego i ogrzewające pasją, pustką i przeznaczeniem. Najsilniejsza z nich, „Strung Out On A Dream”, chwyta za serce od razu i ustawia całą resztę w gotowości do boju.

W piosenkach Duvalla słychać nie tylko dziedzictwo brzmienia Seattle z całym swoim ponuractwem; nad jego gitarą czuwa duch Jimmy Page’a wykonującego „Going to California”, a jego głos kanałuje szerokie wpływy, także od strony brytyjskiej – James Dean Bradfield, Matt Bellamy, itp. Brzmieniem i ekspresją ucieka od banałów: gra i śpiewa w taki sposób, jakby siedział na krześle w studiu MTV Unplugged, gdzie lata temu Alice in Chains brawurowo wykonali „Down in a Hole”. Jego piosenki brzmią tak, jakby gdzieś tam istniały ich elektryczne, rockowe wersje, a on teraz przedstawiał je niewidzialnej widowni w pachnącym starym drewnem audytorium. I tym samym rośnie jako artysta w oczach i uszach otwartych na jego talent dusz. One Alone niedowiarków nie przekona, ale stanowi silny argument w sporze co do zasadności obecności Duvalla wśród gwiazd alternatywnego rocka.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load