Recenzje

2020-09-16
Tim Bowness - "Late Night Laments"
""Late Night Laments" to kolejny świetny krążek niebanalnego artysty, który nawet gdy się powtarza, to czyni to ze smakiem i klasą" - tak o nowej płycie Tima Bownessa napisał nasz recenzent Jakub Oślak.
Wykonawca: Tim Bowness
Wytwórnia: InsideOut Music
Rok wydania: 2020

Tim Bowness to kolejny stachanowiec pracy artystycznej, obdarowujący świat muzyką szczodrze, często i regularnie. Owa rzemieślnicza dyscyplina jest o tyle ciekawa, że Bowness specjalizuje się w muzyce wyjątkowo delikatnej i osobistej, która wcale nie sprzyja takiej taśmowej produkcji. Mimo to, jego serce na rękawie owocuje kolejnym niebanalnym albumem. Oczywiście, sprawę można boleśnie uprościć i stwierdzić, że gdy słyszałeś jednego Bownessa to w zasadzie słyszałeś je wszystkie; ale sympatycy talentu Tima i jego twórczego chochlika dobrze wiedzą, że to przekłamanie. Wystarczy wspomnieć ostatnią, zupełnie taneczną płytę projektu No-Man, lub eksperymentalny krążek Modern Ruins, nagrany na początku roku z Peterem Chilversem (Henry Fool). Tim potrafi wiele i chociaż jego wizytówką pozostaje ów głos samotnego elfa-poety – dla wielu przeszkoda nie do przejścia – to jedno jest pewne: każdy jego krążek jest ciekawą przygodą; i nie inaczej jest z Late Night Laments.

Wszystkie znaki na niebie świadczą o tym, że jest to płyta Tima Bownessa: tytuł, okładka, zaproszeni goście, teksty, głos i ta nieprzemijająca atmosfera osobistej katastrofy. Tim lamentuje nad wszystkim: złamanym sercem, przemijającym czasem, starością, okrutnym światem, który tylko produkuje łajdaków, a zabija miłość i dobro. Depresyjność jego słów i muzyki idzie dwukierunkowo: jest precyzyjnie wycelowana w konkretne, osobiste porażki z przeszłości; oraz, w zły ogół wszechrzeczy i coraz mniejszą motywację do dalszego parcia naprzód. Ale wszystko to jest podane głosem anielskim, kojarzącym się wyłącznie z najmilszymi chwilami, zapachami i smakiem. Jeśli ktoś nie zna angielskiego mógłby stwierdzić, że Bowness śpiewa o wizycie w raju, albo śnie w bajkowej scenerii, gdzie panuje pokój, miłość i zrozumienie. Tak jednak nie jest; to trele kogoś, kto niejednokrotnie kontemplował przedwczesny koniec, albo właśnie domyka floydowską ścianę dookoła siebie, przyjemnie odrętwiały.


Warto podkreślić rolę gości, gdyż mamy tu wizytę ¾ składu Porcupine Tree: Richard Barbieri, Colin Edwin, oraz rzecz jasna Steven Wilson. Do tego sprawdzeni współpracownicy, Michael Bearpark i David K. Jones, oraz Pete Morgan i Brian Hulse. Obecni są także Peter Hammill, Adam Holzman i Alistair Murphy – i na tym wciąż nie koniec dramatis personae. Grunt, że przy takiej armii talentów, głosów i indywidualności, Bownessowi ponownie udało się stworzyć atmosferę niezwykle osobistą i ujmującą. Bardzo łatwo jest przywiązać się do tych piosenek, tym bardziej, gdy część z nich brzmi błogo, wręcz rozkosznie, chociażby „The Hitman Who Missed” czy „Never A Place”. To muzyka dla tych, co lubią spacerować w nocy plażą, gdy jest zimno i nie ma ludzi; a mimo to jest pięknie, bo jesteśmy sami ze sobą, wśród swoich wspomnień, uczuć, demonów i z nieodłączną muzyką w duszy. Poza tym, to plaża w Brighton, więc zaraz skoczymy gdzieś na piwo, obojętni i niewidzialni dla innych.

Płyta w wersji CD zawiera ciekawy bonus, zatytułowany Cheerleaders For The Damned (Extras), który, jak nietrudno się domyślić, przedstawia to, co nie zmieściło się na albumie. Zwracam uwagę na te pięć piosenek, lub też pięć niedokończonych szkiców, gdyż są one bardzo interesującym materiałem same w sobie. Przede wszystkim, brzmią inaczej, bardziej podkreślone elektroniką, ze znacznie zimniejszym, mroczniejszym głosem Bownessa. Warto tej sekcji płyty słuchać zupełnie osobno; owszem, to materiał niedopracowany, zarysowany niczym demo, ale z jakichś powodów Bowness zdecydował się go upublicznić. I postąpił bardzo słusznie, bo to duże zaskoczenie. Jeśli chcecie usłyszeć Bownessa w trochę innym świetle, jakby bardziej apokaliptycznym, kojarzącym się odrobinę z Davidem Tibetem i Current 93 – oto tędy droga. Podsumowując, Late Night Laments to kolejny świetny krążek niebanalnego artysty, który nawet gdy się powtarza, to czyni to ze smakiem i klasą.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load