Recenzje

2020-10-14
Jónsi - "Shiver"
Jónsi Birgisson dostarcza nam swój drugi „solowy” album, co wcale nie odzwierciedla nakładu muzyki, jaką frontman Sigur Rós wysyła w świat.
Wykonawca: Jónsi
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2020

Jónsi solo to tylko jeden z jego projektów, powołany do życia celem katalizowania fascynacji muzycznych, które niekoniecznie pasują do Sigur Rós. Tak robi wielu wokalistów, którzy są jednoznacznie kojarzeni z brzmieniem macierzystego zespołu, chociażby Thom Yorke, Eddie Vedder czy Mariusz Duda; i często z takiego eksperymentu wychodzi zupełnie poważny, pełnoetatowy projekt. W przypadku Jónsiego, jego solowe oblicze jest wciąż doraźne – poprzedni album Go, oddalony o 10 lat, pełnił rolę odpoczynku/skoku w bok od zespołu. Jónsi oddał się wówczas eksperymentom z muzyką pop, w znacznie lżejszej formie niż majestatyczne piękno Sigur Rós. Go nie podbiło masowo serc fanów zespołu (być może o to chodziło), lecz mimo to, po 10 latach, Jónsi powraca, trochę z zaskoczenia, do tamtych pomysłów na nowym krążku Shiver.

I mówiąc otwarcie, nie wychodzi z tego obronną ręką. Jego wyjątkowy głos, który uwielbiają rzesze fanów, a który sławi magię i tajemniczość rodzimej Islandii, nie jest mimo to głosem uniwersalnym. Głos Jónsiego sprawdza się w Sigur Rós – jest jego znakiem rozpoznawczym, podstawowym pierwiastkiem, który sprawia, że o tym zespole w ogóle rozmawiamy. Poza Sigur Rós, wydaje się być niedopasowany do innej muzyki. A Jónsi solo to inna muzyka, w szczególności Shiver, którego producentem jest Alex Cook, etatowy magik studyjny Charli XCX, co już sporo mówi o tej płycie. Większość numerów jest zaśpiewana po angielsku (z silnym nordyckim akcentem), co jest kolejną grubą kreską tej płyty, która w efekcie sprowadza Jónsiego na ziemię. Nie z tym go kojarzymy – Jónsi jest aniołem z Islandii, śpiewającym w języku aniołów, a nie tymi samymi słowami, co wszyscy ludzie. A korespondująca z językiem tego albumu muzyka jest adekwatnie standardowa, powszechna…


Być może Jónsi posiada jakiś odrębny zestaw fanów, którzy cenią jego solową twórczość na równych prawach z Sigur Rós, jako odrębny byt; taka sytuacja byłaby dla naszego bohatera idealna, to właśnie wydaje się być jego celem. Ale Shiver nie jest jeszcze na tyle silną propozycją, aby tak było. To kolejna próba, znacznie poważniejsza niż Go, o czym świadczy chociażby obecność Liz Fraser w najlepszym numerze z płyty, „Cannibal”. Kolaboracja dwójki najsłynniejszych wokalistów śpiewających wymyślonym przez siebie językiem (lub też ‘glosolaliami’), musiała wreszcie nastąpić; a już sama obecność Liz, która rzadko udziela się publicznie, nadaje tej piosence i całej płycie pewnego sacrum. Niestety, każde sacrum ma swoje profanum; na drugim biegunie tej płyty straszy piosenka „Salt Licorice”, nagrana także w duecie, lecz z Robyn. To zderzenie dwóch światów muzyki, eterycznego i radykalnie popowego, po prostu nie działa. Przynajmniej w sercu i uszach niżej podpisanego.

Shiver jest płytą nudną, nijaką. Po jej wielokrotnym wysłuchaniu nie nabyłem do niej grama sympatii. Nie jestem w jej targecie? Uwielbiam Sigur Rós, nawet, jeśli ich późniejsze płyty nie są tak silne, jak „biała” czy „niebieska”. Nie lubię eksperymentów? Jónsi ma na koncie wiele krążków poza Sigur Rós, chociażby urzekające Riceboy Sleeps, czy nieznany szerzej projekt Frakkur, które uważam za fascynujące kawałki jego talentu i wizji. Nie lubię popu? Lubię, ale w wykonaniu artystów popowych, którzy zaistnieli właśnie dlatego, że ich głos, ekspresja i osobowość artystyczna sprawdza się w popie. Podziwiam Jónsiego, że ma w sobie tyle pomysłów i twórczej „pary”, ale nie wszystko to, co robi, musi z automatu być złotem. Kilku ostatnim płytom Sigur Rós zarzuca się, że rozmieniają na drobne to momentum, jakie zespół osiągnął wiele lat temu. Shiver pokazuje, że można jeszcze o wiele drobniej i to pewnie nie jest ostatnie słowo Jónsiego. Sigur Rós – wracajcie czym prędzej!

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load