Recenzje

2015-03-31
Steve Hackett - "Wolflight"
Na najnowszej płycie Steve’a Hacketta tradycja miesza się ze współczesnością w bardzo ulotny sposób, a całość prowadzi słuchacza jak we śnie, podczas którego odbywa on historyczną podróż dookoła świata.
Wykonawca: Steve Hackett
Wytwórnia: Universal Music Group
Rok wydania: 2015

Kup w

W ostatnich latach Steve odświeżał naszą pamięć płytami i koncertami z repertuarem grupy Genesis, z którą zasłynął na świecie w latach 70 ubiegłego wieku. Czy to wpłynęło na najnowsze dzieło gitarzysty? Trudno jednoznacznie to ocenić.

Tytuł płyty zaczerpnięty został z tzw. pory wilków. To czas tuż przed wschodem słońca, kiedy wilki polują. Podobno większość materiału na ten album powstała właśnie o tej porze. Zaczyna się od wstępu pod postacią instrumentalnego „Out Of The Body” z mocną partią bębnów, orkiestrowym tłem oraz gitarą Steve’a. Całość płynie przechodzi w utwór tytułowy, który otwierają dźwięki perskiego taru, na którym zagrał Malik Mansurov – muzyk pochodzący z Azerbejdżanu. Historia przeplata się w tym utworze na różne sposoby. Sam gitarzysta twierdzi, że to opowieść o początkach Europy, ale i Afryki (polecam poniższy klip jako uzupełnienie). Nastroje mieszają się w nim dość gwałtownie. Od delikatnych orkiestracji z towarzystwem gitary, przez klimat muzyki dawnej, aż po ciężkie mroczne rytmy, delikatną elektronikę i solidne rockowe brzmienia. Partie w stylu flamenco na płytach Steve’a Hacketta, to nie nowość, natomiast na tym krążku pojawiają się w jeszcze większym zakresie, niż dotychczas. Świadczy o tym chociażby „Love Song To a Vampire”. Utrzymany w klimacie nocnej opowieści wprowadza element smutku, który kończy solidne progresywne solo na gitarze. Zaskakująco prezentuje się „The Wheel’s Turning”. Nieco groteskowy wstęp wprowadza do prawdziwej palety klimatów. Od wszelakich odcieni rocka progresywnego przez patetyczne brzmienia orkiestrowe, aż po kuglarski koniec. W czasy antyczne przenosimy się natomiast za sprawą „Corycian Fire”. Wzbogacony dźwiękiem armeński duduka, na którym zagrał Rob Townsend i zainspirowany wizytą Steve’a i jego małżonki w Delfach, jest jednym z najciekawszych i najbogatszych brzmieniowo fragmentów na płycie. Do tego brzmienia chóru (greckiego?) i „zaginanie” dźwięków rodem z Bliskiego Wschodu... W ciągu tych niespełna 6 minut dzieje się naprawdę wiele. Uspokojenie klimatu przychodzi za sprawą odegranej na gitarze akustycznej miniatury „Earthshine”, która przechodzi w radosne „Loving Sea”, wzbogacone dźwiękami indyjskiego sitaru. Rewelacyjnie wypada natomiast „Black Thunder”. Takiego riffu nie powstydziłby John Petrucci z Dream Theater. Z dodatkowym głosem Amandy Lechmann, ponownie mocnymi bębnami, partiami smyczkowymi i odrobiną elektroniki, a nawet harmonijki ustnej(!) jest najmocniejszym utworem na krążku. „Wolflight” wieńczą arabsko-funkowy (tak!) „Dust And Dreams” wraz pełnym nadziei “Heart Song”.

Bogactwo instrumentalne z wielu rejonów świata wypełnia ten album po brzegi. Mam wrażenie, że Steve Hackett starał się upchać jak najwięcej brzmień w tych niespełna 56 minutach. Udało mu się to wyjątkowo zgrabnie. Zalecam słuchać „Wolflight” wielokrotnie i z zamkniętymi oczami. Otwierać je będziecie tylko ze zdziwienia i z powracającym pytaniem: „Jak on to zrobił?”.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load