Wywiady

Natalia Kukulska

2020-10-17

Wzięcie na warsztat repertuaru Fryderyka Chopina nie jest niczym wyjątkowym, ale przełożenie go na symfonię, zespół, a także napisanie tekstów do poszczególnych utworów kompozytora – to już wyzwanie. I to nie lada. Przekonała się o tym Natalia Kukulska, która na płycie „Czułe Struny” wraz ze Simfonią Varsovią oraz pokaźną grupą współpracowników, podjęła się zadania przedstawienia twórczości Chopina w nowej formie. O wyjątkowości, złożoności i realizacji owego przedsięwzięcia artystka opowiedziała mi osobiście.

Rozmowa z: Natalia Kukulska

MM: „Czułe struny” w pierwszym momencie skojarzyły mi się z „Piano PL” Doroty Miśkiewicz, z tym że tam byli pianiści, a tutaj jest cała orkiestra. Wiem, jaka jest geneza projektu. A pod jakim kątem dobierałaś tekściarki i jak one do tego tematu podeszły?

NK: Rzeczywiście pomysł, że wrócę do Chopina pojawił się już 10 lat temu. Powoli we mnie kiełkował i bardzo długo zastanawiałam się, jak podejść do tego projektu. Dla mnie to też jest niespodzianka artystyczna, bo nie wyobrażałam sobie, że można śpiewać Chopina. U Doroty Miśkiewicz był trzon albumu, który tworzyli wybitni pianiści. U mnie jest swoisty festiwal aranżerów, którzy podjęli się tego wyzwania, a więc przełożenia muzyki Chopina na orkiestrę symfoniczną. Chciałam, żeby to było jak najbardziej różnorodne i uniwersalne. Byłam też ciekawa, jak inne artystki podejdą do twórczości Chopina. Dlatego zaprosiłam tekściarki, które mnie inspirują i są dla mnie ciekawe. Lubię ich solowe dokonania, więc kiedy poprosiłam je o napisanie części tekstów, wiedziałam, że nie dostanę jakiegoś obcego tworu, tylko coś inspirującego i zaskakującego, na co sama bym nie wpadła. Również przypadkowe nie jest to, że to są wokalistki. Sama wiem, że pisząc i śpiewając swoje teksty, mogę sobie pomóc pod kątem technicznym w odniesieniu do wokalu. Myślę, że wokalistki, które piszą teksty, także się tym kierują. 

MM: Widząc, kto napisał teksty, przyznaję, że nie zwróciłem uwagi, że to także są wokalistki. Na okładce płyty wymienieni są aranżerzy, a dlaczego nie wymieniono także tekściarek?

NK: Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Wydaje mi się, że punktem wyjścia były jednak przede wszystkim aranżacje. Z drugiej strony taki gąszcz nazwisk dla słuchacza mógłby być nie do przyswojenia. Panie są wymienione na rewersie okładki. Poza tym utwory Fryderyka Chopina zyskały tu nowe tytuły, a nie tylko formy muzyczne w odpowiednich tonacjach.

MM: Czy panie miały opcje wyboru utworów, do których napiszą teksty, czy dałaś im konkretne utwory z prośbą o teksty?

NK: Starałam się być gościnna i dać wybór (śmiech). Oczywiście działało to trochę na zasadzie: kto pierwszy, ten lepszy, bo gdy dwie panie wybrały, to pula się zmniejszała. A potem doszłam do wniosku, że z każdym z aranżerów też chciałabym mieć wspólny utwór. Więc jeśli ktoś wybrał utwór Krzysztofa Herdzina, to drugi zostawał dla mnie. Dla przykładu: ostatnią osobą była Bovska, której – tak się niesamowicie złożyło – przypadł utwór „Walce-a-moll” z aranżacją Janka Smoczyńskiego, z którym na co dzień współpracuje. Tak miało być.

MM: A teksty były pisane tylko w jednej wersji, czy panie proponowały Ci na przykład kilka wariantów lirycznych?

NK: Nie było wariantów. Każda autorka pytała mnie o klucz, czy wspólny mianownik dla warstwy lirycznej albumu. Sama odeszłam od tego typu myślenia, ponieważ chciałam, aby każda z pań dała tym tekstom kawałek siebie i zrobiła to w naturalny sposób. Muzyka Chopina jest bardzo emocjonalna. Te utwory są tak malownicze, że od razu działają na wyobraźnię i dlatego możemy nazwać od razu uczucia im towarzyszące. Każdy po swojemu tę muzykę odbiera. Okazało się jednak, że gdzieś ta liryka ma punkty wspólne, bo właśnie warstwa muzyczna ją dyktuje. Każda z pań zaskakująco dała też taką furtkę, że zawsze może coś zmienić w tekście, gdyby coś mi nie odpowiadało. Początkowo były dość onieśmielone samym kontekstem Chopina, ale wytłumaczyłam, że nie chodzi o dorównanie wielkością poezji do kompozycji, tylko o osobiste spojrzenie. Natomiast przyznaję, że żadnego tekstu nie odrzuciłam. Jedynie z każdą z pań czasami dopracowywałam elementy, które nie były w obrębie mojego wyrażania myśli, bądź były niewygodne brzmieniowo. To były czasem niuanse. Było też tak, że panie uważały, że to nie fair, że one są podpisane jednoosobowo, bo powinniśmy widnieć obie jako autorki. Nie zgodziłam się z tym, ponieważ uważam, że najważniejszą rzeczą jest pomysł na tekst, a on wychodził od nich.

MM: Wiem, że kluczem dla tej płyty jest „czułość”, a więc słowo może niezbyt popularne obecnie. Natomiast mnie objawia ona Chopina w dość ciekawych barwach. Zaczyna się baśniowo, potem jest bardziej złożona, a druga część płyty jest momentami jazzowa. 

NK: To prawda. Zaprosiłam też zresztą muzyków, których kompetencje sięgają  muzyki klasycznej, jazzowej i rozrywkowej. Właściwie z każdym kompozytorem się dobrze znałam, poza Nikolą Kołodziejczykiem, z którym pracowałam po raz pierwszy. To był dla mnie zaszczyt, bo on jest niezwykle twórczym muzykiem. Ma mnóstwo pomysłów i – co więcej – zaproponował mi utwory z dorobku Chopina, których wcześniej nie znałam. Nie sądziłam, że w drugiej części „Koncertu fortepianowego e-moll” znajdę temat, który będzie tematem wyjściowym. A co do elementów jazzu - jest kilka momentów, gdzie muzycy mogli wyjść poza zapis nutowy i dać cząstkę siebie. Na pewno najbardziej żywiołowy moment to  solówka Krzysztofa Herdzina w „Odzie do serca”-  jest fenomenalna, bo sprawia, że utwór Chopina zaczyna wychodzić ze swojej symfonicznej formy. Natomiast „Zezowate szczęście” Adama Sztaby jest kontrapunktem dla tej płyty, na której jest przecież sporo melancholii, czułości i łagodności. A Adam zaproponował coś wywrotowego. Dla mnie to była wielka inspiracja, bo słowa do tego utworu są także z przymrużeniem oka, co bardzo się tej płycie przydaje. 


MM: Patrząc na muzyków, którzy na płycie zagrali, ale przede wszystkim na aranżerów, wydaje mi się, że wśród nich jedynym stricte chopinistą jest Pan Janusz Olejniczak.

NK: Tak, zdecydowanie. Jego gra okazała się być kluczowa. Okazało się, że jest utwór, który nawet dobry pianista jazzowy zagra inaczej. Brakowało nam w nim powietrza, które Pan Janusz mu dał. Dlatego bardzo się cieszę, że zgodził się zagrać. Dla mnie to była pieczątka jakości oraz nobilitacja. Do tego Simfonia Varsovia, która głównie zajmuje się muzyką klasyczną, okazała się być bardzo przychylnie nastawiona, co z jednej strony było zaszczytem, a z drugiej – ulgą.

MM: Wiem, że Leszek Kamiński nagrywał Twoje wokale już do zarejestrowanych aranży. A czy zagraliście ten program z całym zespołem i orkiestrą w całości?

NK: Tak, właśnie podczas nagrywania. Rejestrowaliśmy na setkę wszystkie instrumenty razem, stąd logistyka techniczna tego przedsięwzięcia była dla Leszka przerażająca, bo musiał okiełznać dwa studia – S4, w którym był zespół i S2, w którym była orkiestra. Wziął sobie do pomocy świetnego realizatora – Jarka Regulskiego, który siedział z partyturami i sprawdzał, czy wszystko się zgadza. Trzeba mieć ogromną wiedzę, podzielność uwagi i rodzaj doświadczenia, by dać sobie z tym radę. Gdy opowiedziałam Leszkowi o tym projekcie, to bardzo mu się spodobał. Natomiast gdy przyszło co do czego, był coraz bardziej przerażony. Przed samymi nagraniami powiedział, że chce go wykończyć i że straci resztę włosów (śmiech). Miał olbrzymi wpływ na realizację, na miks i na to, jak zaśpiewałam na tej płycie.

MM: No właśnie – śpiewasz tutaj momentami, w takich rejestrach, w których nieczęsto Cię słyszymy.

NK: Tak, ponieważ te rejestry w piosenkach, które robię, zwykle nie są mi potrzebne. Czasami są środkiem wyrazu na przykład w chórkach albo w utworze “Kobieta” z albumu „Halo tu Ziemia” można usłyszeć taką wokalizę. Tutaj musieliśmy przenieść tematy pianistyczne na wokal, więc momentami musiałam uruchomić takie rejestry, których na co dzień nie używam. Jakiś czas temu zaczęłam je wyrabiać, bo zdarzyło się tak, że miałam problemy z głosem i poszłam do nauczyciela emisji głosu. Irena Głowaty, która specjalizuje się w operowym śpiewie nauczyła mnie innego podejścia i otworzyła pewne rejestry. Obecnie pracuję z Kasią Rosińską, która jest coachem wokalnym. To dowód na to, że człowiek nie zdaje sobie sprawy, jakie pokłady w nim drzemią. Uczenie się i rozwój nie ma końca.

MM: Czy ten projekt ma szansę na kontynuację?

NK: Takie projekty robi się raczej raz w życiu. Przez to, że dotykamy postaci pomnikowej, ciąży ogromna odpowiedzialność. A drugą kwestią jest organizacja. Spięcie tego wszystkiego razem logistycznie jest ogromnie trudne. Moja menedżerka jest mistrzynią świata i jest zawsze krok przede mną. Dzięki niej to się udało. To było bardzo wypalające emocjonalnie i nawet fizycznie bardzo obciążające. Kontynuacją będą koncerty. Pierwszy już w Walentynki w ICE w Krakowie a następnie 14 marca we Wrocławiu, też w pięknej sali NFM. Póki co zagraliśmy koncert w Filharmonii Szczecińskiej im. Mieczysława Karłowicza w ramach programu Kultura w sieci. Było to wielkie wyzwanie. Dla mnie wokalny Mount Everest, ale wyszło pięknie i od 23 października można zobaczyć cały koncert w Internecie.

MM: Wiem, że pierwotnym pomysłem na tytuł płyty był: Co powie Chopin? Jak myślisz, co by powiedziałby o tej płycie Fryderyk Chopin?

NK: Tego się oczywiście nigdy nie dowiemy. Są bardzo różne przekazy co do tego, jaki był Chopin. Miał zdolności aktorskie i plastyczne, co znaczy, że był osobą bardzo wszechstronną, wrażliwą i otwartą. Myślę jednak, że dla każdego artysty ważne jest, żeby jego muzyka żyła. Jego muzyka ciągle jest żywa. Konkurs Chopinowski jest najlepszym przykładem. Okazuje się, że takie podejście, jakie my zaproponowaliśmy z tekstem, daje nowe otwarcie i przybliża go innym ludziom, którzy nie są w stanie go przyswoić w tradycyjnej stricte klasycznie instrumentalnej formie. Odbiór płyty jest wspaniały, więc czuję, że jest ona potrzebna, czy – mówiąc kolokwialnie – przydatna. Czasy mamy takie, że ludzie chcą się zanurzyć w nieco innym świecie. Poza tym utwory Chopina zawsze wychodziły poza schemat gatunku i czymś zaskakiwały. Miał w sobie przekorę artystyczną oraz dużą amplitudę emocji. Był osobą złożoną i inteligentną. Ale miał też poczucie humoru, co widać w jego listach. Myślę, że wszyscy, którzy brali udział w nagraniu tej płyty, nie przekroczyliby pewnej granicy, która zagroziłaby twórczości Chopina w jakikolwiek sposób. To jest po prostu nowe rozdanie. 


Rozmawiał: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load