Wywiady

alt-J

2022-06-24

Brytyjskie trio alt-J promuje swój ostatni album „The Dream”. Trasa koncertowa obejmuje także nasz kraj, gdzie zespół wystąpi 17 lipca (Warszawa, Centrum EXPO XXI). Perkusista grupy Thom Sonny Green uchodzi ponoć za introwertyka i bardzo nieśmiałą osobę. Zupełnie nie miałem takich odczuć w trakcie rozmowy z nim, której zapis znajduje się poniżej.

Rozmowa z: Thom Sonny Green

MM: Podobno atmosfera podczas pracy nad „The Dream” była bardzo radosna. Jak to się zatem stało, że nagraliście płytę tak rozmarzoną, podejmującą temat snu?

TG: Tak naprawdę nigdy nie zakładaliśmy żadnych konceptów w przypadku naszych płyt. Koncentrowaliśmy się na piosenkach samych w sobie. Oczywiście jeżeli powstają one w mniej więcej tym samym czasie, to mają punkty wspólne na poziomie brzmienia, czy emocji. To zależy od naszych odczuć i momentów, w których się znajdujemy, gdy je piszemy. Natomiast nie powiedziałbym, że "The Dream" jest konceptem. Bardziej chodziło nam o podkreślenie sytuacji, w której ta płyta powstawała. Dwuletni okres pandemii był właśnie taką "wyśnioną" sytuacją. Wszystko działo się wolniej i bez pośpiechu. Nam proces pisania tego albumu wydał się nieco surrealistyczny. Zresztą tak jest właściwie za każdym razem, bo nie wiemy, w którym kierunku pójdziemy. Tworząc coś właściwie z powietrza, a tak jest z naszą muzyką - trudno przyjąć jakiekolwiek założenia, po czym okazuje się, że nagle masz np. 12 piosenek i zastanawiasz się: jak to się stało? Dla nas to zawsze jest niespodzianką. Tym razem używaliśmy też starych instrumentów, vintage'owych klawiszy i wzmacniaczy. Część była nasza, część z nich miał nasz producent Charlie Andrew, a część przynieśli muzycy, którzy zagrali oprócz nas na płycie. Kiedy nagrywamy demówki, używamy dużo pluginów, wtyczek, brzmień komputerowych, a potem staramy się uzyskać podobny efekt już za pomocą żywych instrumentów.

MM: Pytam także dlatego, że nie nagrywacie płyt zbyt często. Z czego to wynika?

TG: To nie jest proces, który przychodzi nam łatwo. Przede wszystkim podczas nagrywania musimy mieć swobodę czasową. Kiedy jesteśmy w trasie, nie ma o tym mowy. Nie spędzamy ze sobą czasu przez cały dzień. Osobiście uwielbiam spędzać czas samotnie, ponieważ trasy koncertowe są nie tylko wyczerpujące, ale stresujące dla mnie. Dlatego przed koncertami staram się nie wychodzić z hotelu i spędzać ten czas w spokoju. Poza tym to nie są warunki sprzyjające kreatywności. Zdarza się jednak, że nagrywamy coś na próbach dźwięku przed koncertami. Z takich luźnych jamów też czasem powstają piosenki. W przypadku tej płyty z takiego luźnego grania wyłoniły się „U&Me” i „Chicago”. W ogóle po powrocie z trasy np. 18-miesięcznej, trochę czasu zajmuje dostosowanie się do codziennego życia. Dopiero gdy się ogarniemy po takim powrocie, jesteśmy w stanie znów razem tworzyć coś nowego.

MM: Wspomniałeś „Chicago”, ale na płycie znajduje się jeszcze jedna piosenka z miastem w tytule – „Philadelphia”. Czemu akurat w ten sposób je zatytułowaliście?

TG: „Chicago” otrzymało taki tytuł, ponieważ przed koncertem chyba jeszcze w 2017 roku w tym mieście podczas próby dźwięku powstał zalążek tego utworu. Nasz dźwiękowiec ma folder z plikami wszystkich soundchecków i po trasie wysłał go nam. Potem ten pomysł na utwór tylko rozwinęliśmy. A zatytułowaliśmy go tak, bo taką nazwę miał pierwotnie. W przypadku „Philadelphia” Joe (Newmanowi – wokaliście i gitarzyście alt-J – przyp. MM) zależało na długim i ładnie brzmiącym słowie. Obie te piosenki nie odnoszą się do ich tekstów.


MM: A czy utwory  “Walk A Mile” i “Delta” mają jakiś łącznik? Obie brzmią trochę jak pieśni gospelowe.

TG: Masz rację. Powstały zdaje się w tym samym czasie. „Walk A Mile” dotyka kwestii religijnych, ale nie mówi o konkretnej religii. To tekst Joe traktujący o przywódcy religijnym, który jest podziwiany i liczy na to, że jego następcy doświadczą niezwykłych sytuacji. Ten utwór ma charakter wyznania. Natomiast jedynym łącznikiem między tymi utworami jest podobny czas, w którym powstały, więc jeden mógł wpłynąć na drugi i odwrotnie. Poza tym zawsze interesowały nas brzmienia folkowe i gospelowe. Joe świetnie je połączył.

MM: Płytę kończy utwór „Powders” z dialogiem między parą. Skąd go wzięliście?

TG: Nie, ten dialog napisał Joe, natomiast w nagraniu prowadzą go głosy moje i mojej dziewczyny. Myślę, że chciał trochę poeksperymentować i jednocześnie zrobić coś nowego. Dla nas było w tym sporo frajdy. Mój głos nigdy wcześniej nie pojawiał się na naszych płytach. A do tego głos mojej dziewczyny został dzięki temu utworowi unieśmiertelniony. To bardzo miłe. Kiedy płyta jest nagrana, nie wracam do niej zbyt często. Ale pewnie, gdy za jakiś czas posłucham tego nagrania, będzie ono bardzo miłym wspomnieniem.

MM: Ten dialog wygląda na sytuację na zakupach. Pojawia się wątek ceny.

TG: Tak, opowiada o dziewczynie, pracującej w drogerii, w której podkochuje się pewien chłopak. Ponieważ zależy mi na jej uwadze, staram się ją zaznaczyć. To jak miłość nastolatków. Chyba wszyscy znamy takie uczucie.

MM:  Widziałem, że “The Dream” ukazał się także w wersji deluxe z kilkoma remiksami. Planujecie zrobić z tą płytą to samo, czego wynikiem był “REDUXER”?

TG: Być może. Tego jeszcze nie wiemy. Na pewno nie zrobimy to w takiej samej formie, jak „REDUXER”, bo nie chcemy się powtarzać. Raczej zastanawialiśmy się nad nagraniem alternatywnych wersji. Myślę, że to byłoby ciekawsze od remiksów bazujących na oryginalnych ścieżkach, zwłaszcza, że mamy ich mnóstwo.

MM: Wasza droga artystyczna jest dość ciekawa:  wielki sukces “An Awesome Wave” a potem inne projekty. “The Dream” wyszło w lutym. Jak postrzegacie się jako zespół po jego wydaniu?

TG: To bardzo dobre pytanie. Bardzo często o tym myślę. Poznaliśmy się 14 lat temu na Uniwersytecie w Leeds. Przez pierwsze lata traktowaliśmy muzykę hobbystycznie. Nie wiem nawet, czy można by nas wówczas określać nas mianem zespołu. Od tego czasu bardzo się zmieniliśmy zarówno jako zespół, jak i indywidualnie. Zmieniła się dynamika w zespole. Każdy z nas ma swoje życie rodzinne. Joe i Gus mają dzieci. Myślę, że to wpływa na nich na różne sposoby. Zmieniła się ich perspektywa postrzegania Alt-J, ale nie w negatywnym stopniu. Wydaje mi się, że teraz jesteśmy znacznie bardziej odprężeni i spokojni w zespole. W moim przypadku to przełożyło się w ten sposób, że mniej zależy mi na tym, jak postrzegana jest muzyka. Oczywiście chce, by podobała się ludziom, natomiast nie jest to głównym celem. Tworząc ją, nie zastanawiam się, gdzie trafi, na jaką listę przebojów i do kogo. Bardziej zależy mi na tym, by być możliwie najbardziej autentycznym i co w związku z tym chce osiągnąć. Poza tym jako introwertyk, mam problemy z socjalizacją. Zwłaszcza teraz, gdy jestem starszy. Uwielbiam być w domu. Po powrocie z trasy, zwykle muszę się ‘odbudowywać’ w jakimś stopniu. Nie chodzi jednak o kompletną izolację. Bo będąc samemu zbyt długo, też można zwariować.

MM: 17 lipca ponownie zagracie w Polsce.

TG: Tak, graliśmy 5 lat temu w Polsce. Mamy teraz świetną produkcję – wielką trójwymiarową kostkę, w której się znajdujemy. Przypomina trochę akwarium. Poza tym od początku uwielbialiśmy u Was występować. Byliśmy zdumieni przyjęciem od pierwszego momentu. Zmieniamy setlistę w zależności od miejsca, w którym gramy, więc pewnie coś specjalnego pojawi się także na koncercie w Polsce.

alt-J - Warszawa, Centrum EXPO XXI: 17.07.2022 - https://www.facebook.com/events/619848815419895 


Rozmawiał: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load